[ Largactil Café | Przekłady ]
"Mam aparat Nikona
Uwielbiam robić zdjęcia..."
Paul Simon
Kolejne rozdziały tej książki powstawały w czasie mojego dwuletniego pobytu w Polsce, gdzie jako stypendysta Fulbrighta prowadziłem zajęcia z kultury amerykańskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Do napisania ich skłoniły mnie - z jednej strony pragnienie utrwalenia tej jakże niezwykłej przygody na papierze, odkrycia politycznego i społecznego pejzażu Polski, zbadania mojej na niego reakcji i wreszcie ujrzenia siebie samego na tle tego pejzażu... a z drugiej strony zwykła amerykańska ciekawość życia w Europie Wschodniej. W ciągu ostatnich trzech lat zainteresowanie to zwróciło się raczej ku Rosji, ale wydarzenia w Polsce nadal trafiają na pierwsze strony gazet, a szczegóły mojego tam pobytu zdają się nadal fascynować wielu ludzi. (...)
Chwilami wydaje mi się, że każdy z tych fragmentów powinien być opatrzony datą: liczbą roku, nazwą miesiąca, nawet dniem tygodnia. Za każdym bowiem razem kiedy sądziłem, że udało mi się zrozumieć Polskę, nie była ona już tym samym krajem, który zrozumiałem. Zdawało się, że co trzy miesiące Polska ulega głębokiemu przeobrażeniu, i przyglądając się jej teraz z trudem tylko rozpoznaję w niej kraj, do którego przyjechałem. Rzecz jasna, moja pozycja obcokrajowca i perspektywa, z jakiej obserwowałem wydarzenia, perspektywa człowieka z ulicy, zaciemniały tylko obraz, ale niewykluczone też, że właśnie ta niezrozumiałość jest czymś stałym, istotą tego kraju i mieszkających tu ludzi. Czy ktokolwiek faktycznie wie co naprawdę dzieje się w Polsce? Zapytaj trzech Polaków o zdanie - mówiono mi - a otrzymasz cztery odpowiedzi. Wyrażenie, którego używali zarówno Polacy jak i goście z zagranicy - "w Polsce to normalne" - to nie żart. Kiedy dowiaduję się z gazet, że Polska Partia Piwa umieściła szesnastu swoich przedstawicieli w Sejmie, że "Partia Łysych" i "Kongres Eskimosów Polskich" oficjalnie stawały do wyborów w 1993 roku, lub że w maju 1992 roku premier Hanna Suchocka z braku jednego głosu nie otrzymała w parlamencie votum zaufania, gdyż jeden z popierających ją posłów zaspał - nie mogę powstrzymać się od myśli: "Polska na zawsze pozostanie Polską." (...)
Tym, co przyciągnęło mnie do Polski była okazja zamieszkania wśród normalnych ludzi i zobaczenia jak zmagają się z codziennymi troskami: jak zdobywają żywność, dach nad głową, ubrania, benzynę, jak starają się o przyzwoitą opiekę lekarską a nawet o ciepło, czyste powietrze i zdatną do picia wodę w kraju, gdzie brakowało wszystkiego; jak potrfią utrzymać miejsce pracy w kraju, w którym nie można ubezpieczyć się od utraty posady, i jak ich skromne nadzieje i wizja przyszłości pomagają przetrwać skomplikowany i najeżony niebezpieczeństwami okres gospodarczej i politycznej rekonstrukcji. W porównaniu z tymi problemami, sprawy, które w owym czasie trapiły Amerykę - a przynajmniej te, które zaprzątały najwięcej uwagi mediów i trafiały na sale rozpraw - miały tyleż wagi, ile żałosne skargi udręczonych księżniczek z klasy średniej, którym ziarnko grochu przeszkadza wygodnie spać - typowy przypadek sytuacji "dopasowywania problemów do rozwiązań." Kogo naprawdę obchodzi czy sędzia Clarence Thomas rzeczywiście prowadził nieprzyzwoite rozmowy z Anitą Hill, kogo interesują intymne żądze Woody Allena? Oczywiście i w Ameryce są ludzie borykający się z problemami podobnymi do polskich, ale ludzi takich jest tam znacznie mniej, a ich sytuacja z pewnością nie jest aż tak dramatyczna: to przecież do Stanów przyjeżdżają Polacy w poszukiwaniu nielegalnej, wyczerpującej i nisko płatnej pracy. I to właśnie ze Stanów wracają dwa, trzy lata później... z siedemdziesięcioma pięcioma tysiącami dolarów w kieszeni.
Jeśli niepokoje i uprzedzenia, jakie w sobie nosiłem, połączone z poczuciem przeżywania romantycznej przygody zniekształciły mój obraz Polski, to fakt zżycia się z nią na pewno go nie rozjaśnił. Im bliżej przypatrywałem się Polsce, tym więcej widziałem... i, jak mi się wydawało, tym mniej - nie: więcej - potrafiłem zrozumieć. Jeszcze dwa lata pobytu w tym kraju i byłbym równie niezdolny mówić o nim co wyjaśniać nie-Amerykanom czym jest Ameryka. (...)
Jeżeli nie zawsze umiałem właściwie zinterpretować wydarzenia, zawsze mogłem snuć domysły - i opowiadać o tym, co zobaczyłem. Słów i obrazów składających się na tę przygodę broni ich własny konkret.
Nie mogę uczciwie powiedzieć, że moja interpretacja jest do końca słuszna. Tak wiele jest rozmaitych wersji - niektóre na pewno zmyślone, ale dźwięczy w nich prawda i warto je opowiedzieć. Być może, jako że Polska nadal znajduje się in medias res, wersja ostateczna jeszcze nie istnieje, być może jest tylko seria obrazów, nierzadko mglistych. W sumie te dwa lata to tylko krótka wycieczka, a Polacy starali się prezentować od jak najlepszej strony w zetknięciu z Amerykanami. Podróżowałem o zmroku. Spora część kraju była "zamknięta do odwołania z powodu remontu." Czasem drzewa ograniczały pole widzenia.
Ale mogę powiedzieć wam teraz, co zobaczyłem: była niezwykle piękna, zgrabna niczym wierzba, o szlachetnych rysach i z elegancją odziana w czerń i biel. Uśmiechała się gdy machałem do niej, ale odwracała się plecami gdy tylko kierowałem w jej stronę obiektyw. Jeszcze chwila, i znikła w drzwiach bloku.
Najlepiej pójść w godzinie otwarcia, zaraz po porannej dostawie pieczywa, gdy sklep przesiąknięty jest ciężkim, drożdżowym aromatem świeżo wypieczonego ciasta. Przyjdź o siódmej, kup jedną angielkę i wróć prosto do domu, ukrój grubą kromkę i patrz jak masło rozpuszcza się od ukrytego w niej ciepła. W zimowy poranek, ciepło świeżego chleba, zawiniętego w plastykową torbę i przyciśniętego do piersi jest równie wspaniałe co smak tegoż chleba. Za to wiosną zapach pieczywa towarzyszy ci przez całą drogę do domu.
Sklep z pieczywem na Nowotki - najzwyczajniejszy w świecie fronton: niebieskie drzwi i witryna w białym murze, z której widok blokuje przez większą część dnia sznur taksówek na postoju. Napis żółtymi literami na szkle: PIEKARNIA. W oknie wystawy biała firanka, biała koronkowa serweta i koszyk pełen bułek. Czasami towarzyszy im gipsowa figurka paryskiego piekarza, podobna trochę do Smerfa, ręcznie pomalowana na trzy podstawowe kolory - trochę większa od figurek, które malowało się na Obozie Hiawatha w 1959 roku w prezencie dla mamy (tata dostał portfel, zeszyty własnoręcznie plastykową żyłką) żeby pokazać, że dwa tygodnie spędzone na obozie były czymś więcej niż tylko wakacjami dla ciebie i dla nich. A może ten piekarczyk jest mniejszym kuzynem cementowych statuetek, jakimi Włosi ozdabiają swoje przydomowe trawniki.
Wnętrze sklepu to także prostota w każdym calu. Dwie przestronne sale, w jednej prowadzi się sprzedaż, druga przeznaczona na zaplecze. Lada stoi pod ścianą na lewo od wejścia. Dwie ściany pierwszej sali i wszystkie cztery na zapleczu obstawione są ciągnącymi się od podłogi do sufitu półkami na chleb zrobionymi z grubo pomalowanych sosnowych desek. Półki, na których spoczywają ciężkie, półtorakilowe, okrągłe bochny chleba wyglądają jak skrzyżowanie półek bibliotecznych ze stojakami na wino. Bochenki są duże, mają może 35 centymetrów średnicy, wysokie na ponad dziesięć centymetrów, pokryte warstwą mąki, której nie skąpi się przy wypieku. Tuzin postawionych na sztorc bochenków zapełnia jedną półkę. Te stosy porannego pieczywa ciągnące się pod sufit mają w sobie coś z kultury pierwotnej - skarbiec chleba, biblioteka chleba, chleb z przodu, z tyłu, wszędzie dokoła - i ten długi, pozornie bez końca wijący się wąż ludzi wychodzący na ulicę, liczna armia polskich robotników cierpliwie stojących po swój powszedni chleb. "Chleba i pracy" - żądali zawsze robotnicy; "dajcie nam pracę i chleb."
Wnętrze sklepu nie jest pozbawione ozdób. Na beżowych ścianach - tych nie zastawionych półkami - a także na kilku najwyższych półkach stoją ręcznie malowane talerze, podobne do tych, jakie sprzedają luteranki na corocznych bazarach dobroczynnych. Talerze malowane są w polskie kwiaty, wśród kolorów przeważają żółć, brąz i zieleń. Kwiatowy jest także motyw, którym udekorowany jest wiszący porcelanowy zegar. Suszone kwiaty stoją w wazonach, na ścianie kwietny kalendarz i bluszcz w doniczce. Pomimo zaprószonej wszędzie mąki - a może właśnie dzięki niej - sklep sprawia wrażenie schludnego i zadbanego miejsca.
Jak u McDonalda w początkowym okresie, wybór jest ograniczony:
chleb pszenny 1.5 kg. 4000 zł
chleb pszenny 0.7 kg. 2200 zł
angielka 0.5 kg. 1850 zł
bułka zwykła 0.2 kg. 800 zł
bułka zwykła 0.1 kg. 400 zł
rogalik 0.1 kg. 500 zł
chałeczka 0.5 kg. 1850 zł
Chleb jest okrągły, ciemny i ciężki - nie tak jak żytni, ale wypieczony z nieoczyszczonej mąki zawierającej ślady trocin i drzewnego pyłu. Angielka jest podłużna, biała i chrupiąca. Bułki są miękkie i ciastowate; te większe mają przedziałek, mniejsze są po prostu okrągłe. Rogalik przypomina podłużną bułkę; chałeczka to chleb uformowany w warkocz, słodki, przypominający w smaku ciasto.
Na sklepowej ladzie po prawej stronie stoi poruszana korbką maszyna do krojenia chleba o okrągłym, najeżonym zębami ostrzu: wielu klientów prosi o "pół chleba" lub nawet "pół angielki." Zdarzało mi się widzieć emerytów kupujących tylko ćwierć bochenka.
Kolejka posuwa się szybko. Ludzie kupują to samo co dziesięć lat temu, odmianę wnoszą tylko święta i wizyty gości. Sprzedawczyni prawdopodobnie domyśla się o co poprosi każdy kolejny klient jeszcze zanim kupujący zdąży otworzyć usta. Nową twarz zauważa się od razu - na przykład mnie, kiedy pierwszy raz tutaj wszedłem. Jestem pewien że pamięta się starych klientów gdy ci wyjeżdżają z miasta. Społeczność sklepu z pieczywem, bractwo chleba.
I znów jak w starym McDonaldzie, wszystko sprzedaje się bezpośrednio zza lady, cały towar znajduje się w zasięgu ręki sprzedawczyni. Duże bochny ułożone są z tyłu i na górnych półkach. Duże bułki z tyłu i na dole, po prawej stronie. Jedna półka angielek po lewej, na podłodze po prawej stronie kilka plastykowych skrzynek z angielkami i chałkami. Maszyna do krojenia chleba na ladzie po prawej. Szuflada z gotówką po lewej, a na ladzie kilka stosów pięćdziesięcio-, stu- i pięćsetzłotowych banknotów dla szybkiego wydawania reszty.
Kolejka porusza się równomiernie jak wskazówka zegara. "Proszę?" "Sześć małych bułek, jeden chleb, jedną angielkę." "Sześć tysięcy czterysta pięćdziesiąt złotych." "Dziękuję." "Proszę. Słucham?" "Jeden chleb." "Dwa tysiące czterysta. Ma pani czterysta złotych?" "Dziękuję." "Proszę. Słucham?" "Dwie angielki..."
Co odróżnia ten sklep od dawnego McDonalda, to że pracuje tu tylko jedna osoba. Półki za ladą trzeba co jakiś czas uzupełniać z ustawionych po bokach skrzynek i sprzedawczyni robi to sama. Dzieli swój czas między obsługę klientów a donoszenie pieczywa z zaplecza, jej ruchy przypominają taniec, wyćwiczony miesiąc po miesiącu, rok po roku. Wie kiedy trzeba odnowić zapas na znajdującej się za jej plecami półce, najpierw ze skrzynek na zapleczu, a w późniejszej porze dnia już tylko z innych półek za ladą. Ściąga z półki rząd ośmiu bochnów na raz, ściskając go z obu stron jak wielki mączny akordeon. Wysypuje angielki z dwóch skrzynek jednocześnie, trzymając je za uchwyt po jednej w każdej ręce. Kiedy układa stos angielek wysoki na trzy warstwy przypomina murarza, budującego ścianę chleba z rzędów drożdżowych cegieł. "Słucham?" Uważnie wybiera bochenki, ponieważ potrafią się znacznie różnić kształtem, a nawet wagą. Tutaj chleb nie podlega ścisłym normom EWG. Każdy klient może odmówić przyjęcia konkretnego bochenka, jak baseballiści Sandy Koufax lub Nolan Ryan mieli prawo prosić o inną piłkę. Ekspedientka pilnuje, by zapas pieczywa był zawsze na tyle duży by pozostawiał możliwość wyboru; nieraz widziałem jak przeszukiwała stos bochenków, odrzucając je po kolei jako niegodne danego klienta, po czym pospiesznie udawała się na zaplecze aby wrócić z naręczem nowych. Pracuje z wypraktykowaną rutyną i wydajnością robotnika uczciwie zarabiającego na życie.
Czuję szacunek i podziw dla jej ekonomicznego dysponowania energią, repertuaru wyćwiczonych gestów, minimalizmu, jaki osiąga człowiek pracujący przy linii produkcyjnej, baseballista, baletnica. W tym balecie bochenków chleba nic się nie marnuje. Piękno ekonomii, jedyny właściwy sposób wykonania pracy, solowy taniec od początku do końca przedstawienia.
Także klienci mają swoje role do odegrania w tym mechanizmie. Kolejka ustawia się zawsze z prawej strony lady, zakręca zgodnie z ruchem wskazówek zegara i zwija się spiralnie, wychodząc na zewnątrz sklepu jeśli trzeba. Ci, którzy stoją przed sklepem czekają cierpliwie na swoją kolej: dwóch Polaków wychodzi z siatkami pełnymi pieczywa, dwóch Polaków wchodzi z pustymi siatkami. Wszyscy podchodzą do lady z przygotowanymi pieniędzmi, szybko chowają do portfela wydaną resztę, wkładają zakupione pieczywo do toreb stając nieco z boku, aby sprzedawczyni mogła już obsłużyć następnego klienta. Nie słychać wielu rozmów, nie słychać też skarg na taką czy inną wadę danego bochenka. Każdy robi dokładnie to co do niego należy.
Jest to doskonale wyćwiczony system, jeden z niewielu w Polsce, które działają sprawnie. W innych sklepach zdarzało mi się widywać klientów narzucających sprzedawcom swoją osobę przez, wydawało mi się, pewną zamierzoną powolność, poświęcanie kilku dodatkowych sekund na obejrzenie towaru, sprawdzenie, ponowne upewnienie się. Rozumiem tę instynktowną potrzebę zaznaczenia swojej obecności w społeczeństwie, które z reguły nie pozwala jednostkom na przejawianie indywidualności w zbiorowej kulturze, nie zezwala obywatelom na wyrażanie własnej woli wbrew machinerii władzy. Ale tutaj sprzedaje się tylko chleb i wszyscy zdają się to rozumieć. Tutaj system produkcji i dystrybucji działa, za zgodą obywateli, naprawdę bez zarzutu.
W Polsce niebezpiecznie jest podróżować samochodem nocą. Wschodnioeuropejskie reflektory dają nie więcej światła niż czterdziestowatowa żarówka. Szosy w Polsce, szczególnie na południu kraju, wiją się wśród lasów i wąwozów, a Polacy powyżej lat piętnastu lubią ubierać się w ciemne kolory: niebieskie dżinsy i czarna skóra obowiązują od nastu do dwudziestu kilku lat, szara lub granatowa bawełna powyżej tego wieku. Często pada deszcz, a czasami zalega mgła. W miastach piesi wchodzą bez ostrzeżenia na przejścia uliczne, z których biała farba dawno już się złuszczyła; na wsiach rowerzyści jeżdżą bez świateł, traktorzyści nie używają odblaskowych trójkątów. Zarówno na wsi jak i w miastach o każdej godzinie dnia i nocy można spotkać na ulicy nietrzeźwych. Trabanty, łady, syreny i polskie fiaty snują się z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę, często bez świateł tylnych czy hamulcowych. Nieraz zdarzało mi się jechać w ulewnym deszczu, wysilając wzrok by przedrzeć się przez wyziewy diesli i warstwę mokrego drogowego pyłu, jaką pozbawione chlapaczy ciężarówki zostawiły na przedniej szybie mojego wozu, gdy nagle nie więcej niż dziesięć metrów przede mną pojawiała się niewyraźna postać cyklisty na ciężkim, sfatygowanym rowerze (jednobiegowym, radzieckiej produkcji). Człowiek na rowerze zatacza się od środka jezdni do pobocza, to znowu do środka, nie zwraca uwagi na moje światła i sygnały dźwiękowe, podczas gdy ja, usiłując go ominąć skręcam gwałtownie to w lewo, to w prawo - i po chwili, zanim zdążyłem się zorientować, rowerzysta znika na zawsze w ciemnościach polskiej nocy.
Albo też, równie niespodziewanie, natykałem się na traktory holujące drewniane przyczepy, w których podróżowały krowy, prosięta lub sterty kapusty, czasem na konia zaprzężonego do wozu wypełnionego po brzegi ziemniakami lub węglem - flegmatycznemu woźnicy ani na myśl nie przyjdzie ustąpić z drogi, choć zajmuje całą szerokość pasa - więc znowu gwałtowne hamowanie, redukcja biegów, szybkie spojrzenie w lusterko, po czym ledwo majaczący w ciemności kształt odpływa w mrok. Czasami taką zjawą okazywał się żołnierz-autostopowicz (zawsze gdy postanawiam zatrzymać się jest już za późno; zawsze żałuję i ogarnia mnie poczucie winy), czasem para robotników zdążających na ranną zmianę (Polacy wcześnie rozpoczynają dzień) lub wystrzałowo ubrane dziewczyny wracające z prywatki (Polacy bawią się do późna). Nocna jazda samochodem w Polsce to przemierzanie zamglonego krajobrazu, z którego wyłaniają się i w którego mrok zapadają nieznajome postacie, archetypy zgromadzone w nieprzebranej Zbiorowej Podświadomości.
Nocna jazda samochodem to także adekwatna metafora dla życia w tym kraju w ogóle, bo nawet w Nowej Polsce maszyna do wytwarzania mgły pracuje bezustannie.
Jeżeli czytaliście Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya, to pamiętacie zapewne tę maszynę:
Oddziałowa włączyła mgielnicę i mgła napływa tak szybko, że oprócz twarzy siostry nie widzę nic; mgła staje się coraz gęstsza i gęstsza, a ja czuję się zupełnie bezradny, martwy, choć jeszcze niedawno byłem szczęśliwy (...) Wszyscy jesteśmy bezsilni. A im więcej myślę o naszej bezsilności, tym szybciej napływa mgła. Na szczęście jest wreszcie tak gęsta, że mogę się w niej ukryć, dać się jej porwać i znów być bezpiecznym. (tłum. Tomasz Mirkowicz)
"Oddziałowa" to Siostra Ratched, a zanurzona w gęstych oparach mgły szpitalna sala, w której wszystko działo się w zwolnionym tempie, to widziana oczyma Wodza Bromdena współczesna Ameryka, którą rządzi Kombinat, centralna metafora Kukułczego gniazda, karygodnie zagubiona w ekranizacji powieści. W Instytucie Anglistyki nieraz używałem "mgielnicy" jako metafory życia w "dawnej" Polsce. Inni wykładowcy a także studenci, którzy znali powieść Keseya, wydawali się rozumieć to porównanie i zgadzać z nim.
Mgielnica pracuje w Polsce i dziś, choć minęły już czasy tajnej policji, partyjnych "wtyczek" i pustych sklepowych półek - czasy, które mogły w jakiś sposób uprawomocniać obskurantyzm. Ludzie nigdy nie są do końca pewni co właściwie się dzieje, co ma się stać ani - w konsekwencji - co się takiego w Polsce stało. Psychologiczny pejzaż kraju jest niemal tak samo płynny jak fizykalny. Podejrzenie - może wiedzą, tylko nie chcą powiedzieć? Kto przeprowadza egzamin z literatury amerykańskiej? Jakie wymagania musi spełniać praca magisterska? Kiedy i gdzie odbywają się zajęcia? Czy obecność jest obowiązkowa? Czy i pierwszy, i trzeci maja są dniami wolnymi od pracy? A co w takim razie ze środą, drugiego maja? A poniedziałek, trzydziesty kwietnia i piątek, czwarty maja?
Tak.
Nie.
Być może.
Nie wiemy.
Jak długo będzie sprawował urząd nowo wybrany polski prezydent? Czas trwania kadencji trzeba jeszcze ustalić. Kiedy odbędą się wybory do parlamentu? Jak dotąd nie ogłoszono daty. Jakie przepisy regulują zagraniczne inwestycje w Polsce? Przepisy są, ale zostaną zmienione. W jaki sposób przeprowadzi się prywatyzację? Przebieg prywatyzacji trzeba jeszcze ustalić. Kiedy zadaje się pytanie, odpowiedź będzie z równym prawdopodobieństwem fałszywa co prawidłowa - zupełnie jak w amerykańskim urzędzie podatkowym. Wybierz tę, która ci najbardziej odpowiada. (Mój poprzednik w Łodzi dowiadywał się trzykrotnie o cenę biletu lotniczego do Egiptu i za każdym razem otrzymywał inną odpowiedź. Pierwotnie podana mu cena była na tyle atrakcyjna, że zarezerwował bilet; gdy jednak wrócił z pieniędzmi cena podwoiła się, czy potroiła. Zrezygnował więc wtedy, wrócił następnego dnia o innej godzinie i kupił bilet za cenę niższą od tej, którą podano mu za pierwszym razem.)
Zwykle Polacy unikają podawania konkretnych dat, dosłownych tłumaczeń, precyzyjnych odpowiedzi na choćby najprostsze pytania.
- Co tam jest napisane?
- Coś na temat nagrody.
Często zaś ludzie po prostu nie wiedzą. Kiedy Piotr Salski został wybrany na stanowisko radnego w jednej z podłódzkich miejscowości, gratulując jego synowi Łukaszowi zapytałem: Czym zajmuje się radny w Polsce?
Odpowiedział: Nie jesteśmy pewni. Przypuszczam, że pierwszym zadaniem ojca będzie dowiedzieć się na czym polega jego praca. (...)
"Osoby przyjeżdżające do Polski, które spodziewają się, że będą prowadzić normalne interesy mogą natrafić na wiele niespodzianek" - ostrzegał w specjalnym informatorze jeden z dyrektorów warszawskiego hotelu Marriott. Wyniki finansowanych przez rząd polski międzynarodowych spotkań z potencjalnymi inwestorami zdają się świadczyć, że zachodni biznesmeni biorą sobie to ostrzeżenie do serca: ich ogromne zainteresowanie otwierającymi się w Polsce możliwościami spotyka się z równie wielkim zainteresowaniem Polaków. Przez trzy dni w hotelu Marriott roi się jak w ulu - tylu tam ludzi i tyle spraw. Ale w efekcie podpisanych zostaje bardzo niewiele umów, tylko nieliczne negocjacje doprowadzane są do rozstrzygających ustaleń. Biznesmeni z Zachodu obawiają się polskiej mgły.
Zaskoczyła mnie ta mgła: jeden ze znanych mi w młodości stereotypów to typ Polaka - doskonałego inżyniera, matematycznego geniusza, faceta, który zdaje egzamin z fizyki na piątkę z plusem, rozwiązuje równania drugiego stopnia bez papieru i suwaka logarytmicznego, i któremu pisana jest intratna kariera informatyka. Kopernik był Polakiem. Wystarczy spojrzeć na stopkę dowolnego czasopisma komputerowego by natknąć się na niejedno polskie nazwisko. Jednak Polacy, których poznawałem, sprawiali wrażenie ludzi całkowicie oszołomionych - a przy tym wydawało się, że ten stan jest im przyjemny. Jak rozwikłać tę sprzeczność? Od obznajomionych z fizyką i komputerami przyjaciół dowiedziałem się ostatnio, że matematyka nie jest wcale czarno-biała, że jest w niej miejsce dla błądzenia i niepewności, że komputer bywa równie zagadkowy co wiersz Williama Blake'a. Może więc moje rozumowanie nie było poprawne. Może wrodzona polska umiejętność poruszania się w mglistych rejonach jest całkowicie zgodna z narodowym talentem do matematyki i nauk ścisłych. Nie wiem. Dziwiło mnie to po prostu.
"Nie nigdy nie oznacza nie" mówiono nam gdy przyjechaliśmy do Polski, Dawnej Polski, a przynajmniej tej w okresie przejściowym. Z czego wynika, że tak nigdy nie oznacza tak. Prawa i obowiązki pracowników, daty wyborów, ceny biletów lotniczych, to, kogo zwalnia się z więzienia a kogo nie i dlaczego, kogo zatrzymuje się, bierze pod obserwację, przesłuchuje - wszystkie te kwestie tak długo pozostawały przedmiotem domysłów i niedomówień, że mętlik stał się normą. Przyjezdni z Zachodu natrafiają tu na dwojakiego rodzaju trudności. Pierwsza z nich jest możliwa do pokonania: przystosowanie się do życia w świecie, w którym nic nie jest jednoznaczne, nic niezmienne, wszystko za to zanurzone w odmętach faktycznej bądź udawanej niewiedzy. Do tego można się przystosować, chociaż każdy kolejny, wymuszony objazd we mgle wywołuje ataki zniecierpliwienia. Stopniowo człowiek może nauczyć się pierwszej polskiej lekcji: "Spoko, spoko. Bez nerwów." Będziesz jak dojedziesz. Jeśli dojedziesz.
Jednak przystosowawszy się już do tej cechy polskiej rzeczywistości, gość z Zachodu zaczyna odczuwać, że on także jest wciągany w sieć interesów i zależności, że przyjaźnie, uśmiechy, zaproszenia na obiad i na drinka są jedynie elementami negocjacji, których zasady nie do końca pojmuje. Przybysza, który już doznał wszechobecnej w polskim społeczeństwie płynności, wraz z każdą nowo nawiązaną znajomością zaczyna nękać podświadomy głos: "Czego ta osoba oczekuje? Amerykańskiej wizy? Koneksji? Prestiżu, jaki płynie z posiadania przyjaciela-Amerykanina? Zaproszenia do Stanów?" Czyżby to kolejny Polak w poszukiwaniu Paszportu? Głos taki potrafi zatruć każdy związek już w punkcie wyjścia. A kiedy ta nowo poznana osoba znika, z jakiej bądź przyczyny, we mgle, z której wychynęła, obcokrajowca zaczyna dręczyć pytanie jakich to pokładanych w nim oczekiwań nie zdołał spełnić.
Z perspektywy historycznej, jak przypuszczam, świadomy obskurantyzm mógł być reakcją obronną, utrwaloną przez niemal dwa wieki okupacji - germańskiej, austriackiej i rosyjskiej, później hitlerowskiej, a ostatnio radzieckiej. Zamęt mógł chronić, mógł nawet ratować życie. "Na szczęście mgła jest wreszcie tak gęsta, że mogę się w niej ukryć, dać się jej porwać i znów być bezpiecznym" - przyznaje Wódz Bromden w Locie nad kukułczym gniazdem. Kiedy nic nie jest pewne, wszystko staje się możliwe. Członkowie Solidarności, na przykład, internowani w latach stanu wojennego z arbitralnych i niesprecyzowanych powodów, mogli żywić nadzieję na odzyskanie wolności z powodów równie arbitralnych i niesprecyzowanych. Przez niezmiernie długi czas nadzieja była jedynym, co Polsce i Polakom pozwalało przetrwać.
Także inni obcokrajowcy opowiadali mi o polskiej mgle, której doświadczyli podczas pobytu tutaj. "Nie wiem właściwie po co tu przyjechałem" - zwierzali mi się jeden po drugim. I nie mieli na myśli tego głuchego warkotu umysłowych trybów, jaki słyszy, dajmy na to, specjalista w dziedzinie powieści wiktoriańskiej będąc przedstawianym grupie studentów jako "Profesor Jones, który przyjechał tu z Anglii żeby poprowadzić zajęcia z dramatu irlandzkiego." Nie chodziło im też o szum w umyśle i odrętwienie języka w zetknięciu ze zbitkami pięciu-sześciu spółgłosek, ani z krajobrazem dziewiętnastowiecznych ulic, na których jeden przy drugim stoją zniszczone, odrapane, nadgryzione zębem czasu domy u progu ruiny niczym senna parodia katedry w Reims. Tym ludziom chodziło o faktyczną utratę poczucia celowości działań. "Nie jestem pewien, co ja tu właściwie robię."
Nawet Polacy powracający z zagranicy wydają się początkowo zdezorientowani. "Spędziłem w Londynie ledwie trzy miesiące, a po powrocie nie potrafię się zmusić do zrobienia czegokolwiek, możesz to sobie wyobrazić?!" Częste są skargi na złe samopoczucie, szczególnie bóle głowy: "Wysokie ciśnienie zawsze mnie otępia." "Strasznie jestem znużona ostatnio, pewnie przez to niskie ciśnienie." "Zimą zawsze życie toczy się wolniej." "Wiosną bez przerwy chce mi się spać." Przyznaję uczciwie: z początku myślałem, że te zachowania są rezultatem zatrucia środowiska, wyziewów związków chemicznych używanych w budownictwie albo jakichś odczynników zawartych w wodzie, jak saletra dodawana do mleka w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Stopniowo przekonałem się jednak, że to nie pogoda i nie chemikalia: to polska mgła. Stopniowo zrozumiałem, że nigdy nie uda mi się zrozumieć Polski. I zastanawiałem się, czy aby komukolwiek się to udało.
Pisząc o Dawnej Polsce, Czesław Miłosz powiedział: "Bez przerwy miało się wrażenie, że życie jest nie całkiem realne; stąd ciągłe pragnienie picia wódki w nadziei, że umożliwi to powrót do niedostępnej normalności." Przybyszowi z Zachodu ta polska nie-rzeczywistość kojarzy się z powrotem do domu na lekkim rauszu, z marszem przez tylko połowicznie znane tereny, przez krajobraz, którego nie można dotknąć, bo jest oddzielony grubą taflą szkła. Albo, by użyć innego porównania: dłuższy pobyt w Polsce wywołuje wrażenie, że brodzi się dosłownie wśród dryfujących pozostałości kwitnącej niegdyś cywilizacji, które spływają wraz z powolną i zatrutą Wisła, aby w końcu osiąść na progu Zachodu. Raz po raz wyczuwa się silniejsze, głębiej płynące prądy, a już zupełnie rzadko zdarza się, że przy kolejnym kroku stopa natrafia na pustkę - i człowiek podrywa nogę w panice, wyciągając z wody zmoczony but. Próba zanurkowania mogłaby skończyć się tym, że z dreszczem emocji stanęłoby się po pas w rzecznej zupie. Ale przybyszowi z Zachodu nigdy nie będzie dane zanurzyć się całkiem pod powierzchnią. Ani na chwilę, ani tym bardziej na zawsze.
tłum. Marek Jedliński
(k) General Frenetics. The text of this translation is hereby donated to the Public Domain.
Strona domowa: http://www.tranglos.com
Email: marek@tranglos.com
Ostatnie uaktualnienie: 20 czerwca 1998
URL: http://www.tranglos.com/marek/largactil/pichaske.html