- Prywatne mieszkanie. Proszę.
Na południe od miejsca, gdzie mieszkam, jest ulica Lodowa. Stamtąd wyrusza trójka i po drodze do krańcówki na Srebrzyńskiej opowiada, ale tylko rano, Królową Śniegu. Gdy jadę do Pani Joasi zawsze wsiadam w centrum i mogę wysłuchać tylko drugiej połowy historii. Wracam przeważnie autobusem, a te, w odróżnieniu od tramwajów, nie mają za grosz wyczucia stylu. Może kiedyś zechcę usłyszeć i początek, a może przestanę sobie obiecywać tę i inne rzeczy. Dziś rano sklepikarze pobielali partery domów i wieszali świeże szyldy: Broń gazowa i pneumatyczna. Wzdłuż torów poniewierał się rozpruty asfalt i piasek, a nad wykopami przerzucono mostki.
Jest cieplej. Wytatuowane deszczem chodniki przestały dymić i gałęzie drzew uniosły się ponad głowę. Słońce podeszło pod okna i osunęło się piętro niżej. Ale kiedy wysiadłem na ostatnim przystanku, chmura wyrosła z nieba jak żywy las, nieprześwietlona, a w oknach bloków na Srebrzyńskiej zapłonęła rtęć. Szedłem szybko i pilnie zapamiętywałem. Na dnie ulicy przyklejony do porowatej ściany wisiał ukwiał z pestką telefonu i długą macką. Na mój widok mężczyzna oderwał ją sobie od głowy i powędrował do tramwaju dźwigając, jak rannego, drewniany wieszak na ubrania. Parasol niosłem dla niepoznaki za plecami.
- Piotruś zejdź z tej gałęzi
(Kasztan potrząsa gałązkami, skrzypi)
- dlaczego
- bo niszczysz
- co ja niszczę
- drzewo
- które
- to na którym stoisz
- ja?
Ulica jak tuba miętowej pasty wyciskała z siebie strugi wiatru. Poradziłem Joasi, żeby kupiła atrament czarnoniebieski, niezmywalny - to jednak pod warunkiem, że ma szczelne pióro. Inaczej biada, powiedziałem. To Marta śmiała się ze mnie czasem, że się umorusałem atramentem. Umorusałem - ale to nie było słowo Marty. I nie pamiętam już, kiedy mówiła to ostatni raz. Joasia miała dziś na sobie bluzkę w rudawym kolorze mojego futerału na pióra .
- Nie, nie sprzedaję fortepianu. Nie mam fortepianu. 55 na końcu.
Zdarza się, że gdy wykręcam numer telefonu ogarnia mnie strach, że mogłem zapomnieć, do kogo dzwonię i jakie wymienić imię, gdy odezwie się głos w słuchawce. Zawsze przypominam sobie w ostatniej chwili, a może po prostu nigdy naprawdę nie zapomniałem - a jednak znam tę niepewność doskonale. Telefony, jak tramwaje, żyją własnym życiem, i tylko potrafią być mniej przyjazne, jeśli chcą.
Kolor różowy kojarzy się z małymi dziewczynkami. Jednak ja widziałem dziewczynę, która wcale nie była mała, a wszystko wokół niej było niezbicie różowe. Miała na sobie różowe miękkie spodnie i różową bluzkę, różową wstążkę we włosach. Pisała różowym długopisem list, który włożyła do różowawej koperty. Polizała opuszek palca i palcem zwilżyła klej na kopercie. Na nogach, zapomniałem, miała różowe tenisówki, i pasek od zegarka był jasnoróżowy. Może to dlatego, że mieszkała na południu, a może lubiła różowy kolor.
Po drodze do Pani Joasi wdeptałem przypadkiem w ziemię ułamek kosmetycznego lusterka. Spod moich stóp przyglądała mi się naga pierś, śmiesznie pojedyncza, przyrzucona kosmykami włosów. Tak przypuszczam, że ten trójkątny fragmencik był potłuczonym lusterkiem, i że przeglądała się w nim, niechcący, cała ziemia.
Panu Robertowi przyśniło się niedawno, że biliśmy się na pięści w okularach.
- Nic nie szkodzi.
I co telefony mają z tym wspólnego, albo tramwaje. Na mojej maszynie do pisania usiadła skrzydlata mrówka. Wspina się na tylne łapy i celuje we mnie wąsami, drży. Może przypomnę sobie, gdzie widziałem we śnie napis "Tu mieszkają Lwy", a może przestanę obiecywać sobie tę i inne rzeczy. Niebo błyszczy jakby pociągnięte saletrą. Rozwielitki śpią od dawna na dnie filiżanki. Nie mogę znaleźć mrówki. Sen srebrny mordę klei.
- Na początku był pan Kwaśniewski - powiedziało radio.
Z powrotem do Mauzoleum maryanizmu
© General Frenetics. All rights reserved, except those that ain't.
Strona domowa: http://www.tranglos.com
Email: marek@tranglos.com
Ostatnie uaktualnienie: 20 czerwca 1998
URL: http://www.tranglos.com/marek/largactil/srebrzynska.html